Saturday, February 26, 2011

Integration: A teachers’ trip to the mountains Integracja: wycieczka nauczycieli w góry

Integration – the combining of parts to make a whole.


If you have never worked in Poland, then you remain blissfully unaware of what integration means to the Polish workforce.


It usually means a trip to some location near or far to be forcibly integrated with your work colleagues (sounds painful) in hopes of breaking down barriers and creating a stronger, more productive team. Some variations of the integration meeting include activities such as survival tasks, bungee jumping and in one very unfortunate Moulin Rouge-themed meeting, painting the almost naked bodies of dancers hired to do the can-can and entertain the guests.


In the Village (10 years ago), it meant a teachers’ trip to the mountains.


[Refresher – We are talking about autumn ages ago when I first came to Poland and started work at a high school teaching English. I just happened to meet my Misiu there.]


How could I say no?


I wasn’t exactly jumping for joy at the prospect of travelling to the mountains (where ever they were) with a bus full of my colleagues, but at least Misiu would be going along. I signed up, paid my money and promptly bought a sleeping bag as I was told it was necessary for the trip.


On the day of the trip, I showed up at school, sleeping bag in tow. I checked out all the teachers who were going along and could not find even one simpatico in the bunch. This was going to be a long weekend.


Finally, Misiu showed up wearing a new jacket. It was really nice and I complimented him on it to which I received a harsh bark of , “Aren’t the sleeves too short?”.


“Ummm, no,” I muttered. Apparently someone in Misiu’s life thought his sleeves were too short. This was going to be a really long weekend.


After all these years, I don’t remember most of the trip. I do remember a visit to a castle (which was lovely) and a question from the geography teacher about castles in America.


I remember that I wasn’t too excited about the mountains as I am from a pretty mountainous area in the US, but was enticed to walk to the top by the promise of beer there.


I remember the feeling of dread as the Principal of our school cowboy hats,cowboys,emoticons,guitars,hats,music,musicians,singers,smiley,smiley face,smiley faces,smileys,smilie,smilie face,smilie faces,smilies,smily,smily face,smily faces,symbolspulled out his guitar and song books on our first night in the hotel.


I remember the hotel owners whom I will politely call Jack Sprat (with suspicious sexuality) and his wife (who could eat no lean) who would not turn on the heat or unlock the bathroom doors and who called the police on us.


I remember the police arriving (apparently our guitar-playing and folk-song singing was disturbing the other guests…oh wait, there weren’t any other guests) and lining us up to check our passports. When they got to me, one officer said in a serious voice, “Gentlemen, there is a foreigner among us.”


I also remember that the teachers treated me like a child, the Principal even once chiding me to sit up straight on the bus.


I remember that I got to spend some time with Misiu, but it did not go without comment by the other teachers.


Finally, I remember being very glad to be back in my archives room throwing my sleeping bag in the corner where it remained the rest of my stay.


Happy integrating to all!




Integracja – wycieczka nauczycieli w góry


Integracja – łączenie części, ażeby stworzyć całość


Jeśli nigdy nie pracowaliście w Polsce, pozostajecie błogo nieświadomi tego, co oznacza integracja dla polskich pracowników.


Zwykle oznacza to wycieczkę w jakieś bliskie lub dalekie miejsce, żeby tam na siłę zintegrować się z waszymi kolegami z pracy (brzmi boleśnie) w nadziei przełamania barier i stworzenia silniejszego, bardziej wydajnego zespołu. Niektóre odmiany spotkań integracyjnych mogą polegać na zadaniach survivalowych, skokach bunjee, a na jednym nieszczęsnym spotkaniu - powiązanym tematycznie z Moulin Rouge - na malowaniu prawie nagich ciał tancerek wynajętych, żeby wykonać kankana i rozbawić gości.


W miasteczku (10 lat temu) oznaczało to wycieczkę nauczycieli w góry.


[Odświeżacz – Mówimy o jesieni wieki temu, kiedy pierwszy raz przyjechałam do Polski i zaczęłam pracę w szkole średniej ucząc angielskiego. Tam właśnie zdarzyło mi się poznać Misia.]


Jak mogłam powiedzieć nie?


Nie skakałam z radości mając w perspektywie podróż w góry (gdziekolwiek one były) autobusem pełnym moich kolegów, ale przynajmniej wiedziałam, że będzie jechał Misiu. Zapisałam się, wpłaciłam kasę i szybko zakupiłam śpiwór, bo powiedziano mi, że będzie konieczny na wycieczce.


W dzień wycieczki pojawiłam się w szkole ze śpiworem w zanadrzu. Sprawdziłam wszystkich nauczycieli, którzy mieli jechać i nie mogłam znaleźć nawet jednego „simpatico” w całej bandzie. Zapowiadał się długi weekend.


Wreszcie zjawił się Misiu w nowej kurtce. Była bardzo fajna i ją nawet pochwaliłam, na co on ostro odszczeknął „Rękawy nie za krótkie?”


“Ee, nie”, bąknęłam. Najwyraźniej ktoś w życiu Misia myślał, że rękawy są za krótkie. Zapowiadał się naprawdę długi weekend.


Po tylu latach nie pamiętam większości tej wycieczki. Pamiętam wizytę na zamku (który był śliczny) i pytanie od nauczyciela geografii o zamki w Ameryce.


Pamiętam, że nie byłam zbyt podekscytowana górami, bo sama pochodzę z dość górzystych terenów w Stanach, ale zostałam zwabiona do wejścia na sam szczyt góry obietnicą piwa tamże.


Pamiętam poczucie grozy, kiedy dyrektor szkoły wyciągnął gitarę i śpiewnik podczas naszej pierwszej nocy w hotelu.


Pamiętam właścicieli hotelu, których ładnie nazwałam imionami z wierszyka dla dzieci Jack Sprat (podejrzana seksualność) i jego żonę (nie jadła nic chudego), którzy nie włączyli dla nas ogrzewania, ani nie otworzyli drzwi do łazienki i którzy wezwali na nas policję.


Pamiętam jak przyjechała policja (widocznie nasze granie na gitarze i folkowe śpiewanie przeszkadzało innym gościom ... o, chwila, nie było tam żadnych innych gości) i ustawianie nas w rządku, żeby sprawdzić dowody tożsamości. Kiedy doszli do mnie, jeden z oficerów powiedział poważnym głosem „Panowie, jest wśród nas cudzoziemiec.”


Pamiętam również, że nauczyciele traktowali mnie jak dziecko, dyrektor nawet raz zbeształ mnie i kazał prosto siedzieć w autobusie.


Pamiętam, że spędziłam trochę czasu z Misiem, ale nie obyło się to bez komentarzy innych nauczycieli.


Wreszcie, pamiętam jak zadowolona byłam po powrocie do mojego ARCHIWUM rzucając śpiwór w kąt, gdzie pozostał już do końca mojego pobytu.


Wesołego integrowania dla wszystkich!

6 comments:

Paddy said...

Ha ha. I enjoyed reading this post, thank you. Ps. what does "eat no lean" mean?

Paddy

Chris said...

Paddy- Didn't you learn the poem about Jack Sprat as a kid?

Jack Sprat could eat no fat.
His wife could eat no lean.
And so between them both, you see,
They licked the platter clean.

ucieczka said...

Oh I thought I'll hear about integration where alcohol makes all people really breaking the ice, instead you had a very long weekend and not very integrating I guess ;) Misiu response to your compliment was hilarious ;)

MarekFloryda said...

I once went to an integration party in my Polish company many years ago. The two things I remember are - a whole pig roosted over fire and my boss having a hard one after dancing with my wife. Yes, Polish integration parties are definitely violating all US rules, but this is why we are Polish not American :) So enjoy your life in Poland as I miss it very much.

diesel said...
This comment has been removed by the author.
diesel said...

Oj.. sorry ale Googel mi dowcipem nagrał..
Angielska cześć mi na niemiecki przetłumaczył no i sobie pomyślałem...
"Boshe, to znaczy tez Integracja.Tak jak się zna język tak w środowisku występować... bez skrupuł lub leków.."