Friday, October 22, 2010

I have been tagged….Zostałam otagowana…

I have been tagged by Mama G. to make a list of 10 things that I like. It’s harder than it sounds. Here goes.

10 things I like, in no particular order

  1. I like meblościanka (wall of furniture). Seriously, I have a meblościanka fetish and I’ll say no more.
  2. I like a really good cup of coffee with warm apple pie and a scoop of vanilla ice cream.
  3. I like to check on my children when they are sleeping and kiss them.
  4. I like to listen to talk radio in the car.
  5. I like when my parents call me.
  6. I like spending time at our house especially outside in the yard or walking around the Village.
  7. I like when Misiu starts a sentence with “Girls….” (He’s referring to Lizzie, Rosie and me, in case you were wondering)
  8. I like teaching my children things that I remember my Grandmother teaching me. Sometimes I don’t realize that is what I am doing until I have already started doing it.
  9. I like it when I have a good day of speaking Polish. It doesn’t happen very often.
  10. I like it when my students do their homework...at home…not 5 minutes before the lesson starts.

Now, who should I tag that hasn’t been tagged already?

PS1 Kielbasa Stories has a few new followers. Welcome Heinrich Josef Damian! Welcome Marek Cyzio! Welcome Alicja Kurowska! Thanks for joining us and thanks for reading.

PS2 I haven’t had a lot of free time lately. Luckily, I have a lot of work. The rest you can blame on Stieg Larsson.

Zostałam odtagowana przez Mamę G. Mam zrobić listę 10 rzeczy, które lubię. To trudniejsze niż się wydaje. Oto moja lista:

10 rzeczy, które lubię – nie w konkretnej kolejności

1. Lubię meblościankę. Serio, mam fetysz meblościanki – i więcej nic nie powiem.

2. Naprawdę lubię porządną filiżankę kawy z szarlotką na ciepło i gałką lodów waniliowych.

3. Lubię sprawdzać jak moje dzieci śpią i je całować.

4. Lubię słuchać mówionej audycji radiowej w samochodzie.

5. Lubię, kiedy dzwonią moi rodzice.

6. Lubię spędzać czas w naszym domu, zwłaszcza na zewnątrz w ogrodzie lub spacerować po Wsi.

7. Lubię, kiedy Misiu zaczyna zdanie od „Dziewczyny ...” (Chodzi mu o Lizzie, Rosie i mnie – w razie gdybyście się zastanawiali.)

8. Lubię uczyć moje dzieci rzeczy, które pamiętam jak uczyła mnie Babcia. Czasami zdaję sobie sprawę z tego że to robię, jak już jestem w trakcie.

9. Lubię jak mam dobry dzień w mówieniu po polsku. To się nie zdarza bardzo często.

10. Lubię jak moi uczniowie odrabiają pracę domową w ... DOMU, a nie ... 5 minut przed zajęciami.

A teraz, kogo powinnam stagować, kto nie był jeszcze stagowany?

PS Nie miałam zbyt dużo czasu ostatnio. Na szczęście mam dużo pracy. Reszta to wina Stiega Larssona.

Friday, October 8, 2010

Yeah, well, you’re not so smart either -No cóż, wy też nie jesteście tacy mądrzy

I have to say, I am quite sick of all the “Americans are sooo stoooopid” jokes. Enough already. We get it. Americans don’t know where Poland is, ha, ha, ha. Americans don’t know if we are fighting in Iran or Iraq, ha, ha, ha. George W. Bush was President of the United States, twice, ha, ha, h-wait- boo, hoo, hoo –that one’s pretty sad, actually.

I, too, sometimes criticize my American friends for their lack of knowledge about world events and their indifference to life outside the United States. They say that they don’t care because they don’t know. I say, they don’t know because they don’t care. Whatever! Once (a long time ago), I asked an acquaintance from Rwanda (or was it Uganda) if they had houses in his home country. Ok, I didn’t know, but at least I cared enough to ask.  And anyhow it was before I was proficient at googling.

Anyhow, this blog is not about Americans and their lack of knowledge. This blog is about Poland…and admit it, you’ve got stupid people too. Ok, maybe stupid is too harsh but here are 2 funny situations from my first year in Poland.

While taking a taxi across town, the taxi driver decided to chat me up. He was delighted to find out that I was an American. One thing that didn’t agree with him was that I worked as an English teacher. “But you’re not from England,” he said in surprise.

While sending a letter at the local post office, I said my usual “lotnicza do USA” (airmail to the USA) to which the post office clerk replied, “USA? I thought you were from America?”

Kind of “Miś” moments, wouldn’t you say?

PS Miś is a Polish film in which there is a funny scene at the post office in which the clerk cannot locate the city of London.

No cóż, wy też nie jesteście tacy mądrzy

Muszę powiedzieć, Mam dość jak słyszę te wszystkie dowcipy “Amerykanie są taaacy głupi”. Już wystarczy tego. Kapujemy. Amerykanie nie wiedzą, gdzie jest Polska – ha ha ha. Amerykanie nie wiedzą, czy walczymy w Iranie czy Iraku, ha ha ha. George W. Bush był prezydentem USA, dwa razy, ha ha, czekajcie – beeeeee – ten dowcip jest akurat przykry.

Ja też czasami krytykuję moich amerykańskich znajomych za brak wiedzy o wydarzeniach światowych oraz ich obojętność na życie poza Stanami. Oni mówią, że mają to gdzieś, bo nic nie wiedzą. Ja mówię wtedy, że nic nie wiedzą, bo mają to gdzieś. Nieważne! Kiedyś (dawno temu) spytałam znajomego z Rwandy (a może Ugandy) czy oni mają w swoim kraju domy. OK, nie wiedziałam, ale przynajmniej zadbałam o to, żeby spytać. Poza tym było to zanim nabrałam wprawy w GOOGLOWANIU.

W każdym razie, ten blog nie jest o Amerykanach i ich braku wiedzy. Ten blog jest o Polsce... i przyznaję, też macie tu głupich ludzi. OK, może głupi to zbyt mocne ale oto 2 zabawne sytuacje z pierwszego roku mojego pobytu w Polsce.

Raz jadąc taksówką przez miasto kierowca postanowił trochę mnie zagadać. Było mu niezmiernie miło usłyszeć, że jestem Amerykanką. Jedna rzecz mu się jednak nie zgadzała - to że pracowałam jako nauczycielka angielskiego. „Ale przecież nie jest pani z Anglii”, powiedział zaskoczony.

Kiedy wysyłałam raz list w miejscowym urzędzie pocztowym, powiedziałam jak zwykle „lotnicza do USA” na co urzędniczka odparła, „USA? A ja myślałam, że pani jest z Ameryki.”

Nie powiedzielibyście, że moment trochę jakby z “Misia”?

PS MIŚ to polski film, w którym jest zabawna scena na poczcie, w której urzędniczka nie może znaleźć miasta Londyn.

Sunday, October 3, 2010

That’s So Polish: I hate spinach and “milk soup”! To takie polskie - Nienawidzę szpinaku i "zupy mlecznej"!

Polish folks may disagree on many things - politics, religion, who should win Dancing with the Stars, but there is one thing that unites them- their distaste for spinach and “milk soup”.

First of all, what is milk soup? That’s what I asked when for the 4th, 5th, 6th, 27th time I heard from an adult about the horrors of milk soup. Milk soup is made from milk, obviously, but the actual contents change from person to person. It can be oatmeal, cream of wheat, cream of rice or milk with some homemade noodles. The common element to all of these milk soups, besides milk, is that they are yucky. Or so the Polish folks say.

The same goes for spinach. When my adult students describe being forced as children to eat spinach in pre-school, I almost want to laugh at them, but their disgust is real.

imageI actually kind of like “milk soup” and I also like spinach. What’s up with the Polish taste buds? For heaven’s sake, Polish people eat tripe. That’s way worse than milk soup. That’s way worse than spinach. That’s way worse than milk soup mixed with spinach.

Ok, that’s what I thought, until the first time I had the pleasure of spending a week in a Polish hospital. Unfortunately, I’ve had this pleasure many times. I’ve learned many things from my stays in Polish hospitals - bring your own TP and cutlery, for example, but I have also learned the origin of the Polish prejudice against 2 quite innocent foods.

Institutional milk soup and institutional spinach.

Institutional milk soup and institutional spinach are quite different from the same milk soup or spinach you would eat at home. They resemble in practically no way milk, soup, or spinach…and the smell…is horrible and that is saying something because hospitals (and pre-schools) are full of bad smells.

The first time I was served milk soup in hospital, I asked what it was. The nurse informed me (the strange foreign lady) that it was milk soup. That, I could see, but the taste didn’t agree with the description, and I said so. With a huff, the nurse informed me that maybe it was because it was made from last night’s chicken soup and powdered milk. Gulp.

Ok, that’s not the worst thing I was served in hospital. Once I was served chicken hearts and lost 4 kilos in one week (without having a baby), but that’s another story.

Back to the spinach…I didn’t bother to ask the nurse what was on my plate this time. That’s what my numerous hospital roommates were for. The lady next to me (suffering quite obviously from anorexia, but diagnosed with “nerwica”) said that it was spinach. No? Spinach? It couldn’t be. First of all, it was completely liquid. Second of all, it was brown, not green or green-brown, not brown-green, just brown. And third of all, it smelled like something found in a child’s diaper. Scratch that, it smelled worse than something found in a child’s diaper.

And now I understand why Polish folks are not very fond of milk soup and spinach. After my experiences, I too can “be Polish” and commiserate about the awfulness of it all.

Smacznego!

PS Kielbasa Stories has a new follower. Welcome Magdalena! Thanks for joining us and thanks for reading.

To takie polskie - Nienawidzę szpinaku i "zupy mlecznej"

Polacy może nie zgadzają się w wielu rzeczach - polityka, religia, kto powinien wygrać Taniec z Gwiazdami, ale jest jedna rzecz, która ich łączy - ich niechęć do szpinaku i "zupy mlecznej".

Przede wszystkim, co to jest zupa mleczna? To właśnie pytanie zadałam, kiedy po raz czwarty, piąty, szósty, 27-my usłyszałam od dorosłych o okropnościach zupy mlecznej. Zupa mleczna jest zrobiona z mleka, oczywiście, ale rzeczywista zawartość zmienia się z osoby na osobę. Mogą to być płatki owsiane, kasza manna, krem z ryżu lub mleka z domowym makaronem. Wspólnym elementem wszystkich tych zup mlecznych, obok mleka, jest to, że są bardzo paskudne. Przynajmniej Polacy tak mówią.

To samo dotyczy szpinaku. Kiedy moi dorośli uczniowie opisują jak byli zmuszani jako dzieci do jedzenia szpinaku w przedszkolu, prawie chce mi się śmiać z nich, ale ich obrzydzenie jest prawdziwe.

Mi tak naprawdę smakuje "zupa mleczna" i szpinak też. Co jest nie tak z polskimi kubkami smakowymi? Na miłość boską, Polacy jedzą flaki. Flaki są dużo gorsze od zupy mlecznej. Flaki są dużo gorsze niż szpinak. Flaki są nawet gorsze niż zupa mleczna wymieszana ze szpinakiem.

Ok, tak myślałam, dopóki nie miałem przyjemność spędzić tydzień w polskim szpitalu. Niestety, miałam tę przyjemność wiele razy. Nauczyłam się wielu rzeczy podczas moich pobytów w polskich szpitalach-zabrać za sobą papier toaletowy i sztućce, na przykład, ale również nauczyłam się pochodzenia polskiego uprzedzenia wobec 2 całkiem niewinnych produktów żywnościowych.

Instytucjonalna zupa mleczna i instytucjonalny szpinaku.

Instytucjonalne zupa mleczna i szpinak są dość różne od tej zupy mlecznej lub szpinaku, który jemy w domu. Nie przypominają ani trochę mleka, zupy lub szpinaku ... i zapach ... jest straszny i to właśnie dużo mówi, ponieważ szpitale (i przedszkola) są pełne brzydkich zapachów.

Po raz pierwszy jak zaserwowano mi mleczną zupę w szpitalu, spytałam co to było. Pielęgniarka poinformowała mnie (dziwną zagraniczną panią), że to zupa mleczna. To widziałam, ale smak nie zgadzał się z opisem i tak też powiedziałam. Z irytacją, pielęgniarka poinformowała mnie, że może to dlatego, że to było robione z wczorajszego rosołu i mleka w proszku. Łyk.

Ok, to nie jest najgorsza rzecz, którą dostałam w szpitalu. Kiedyś dostałam serca kurczaka i straciłam 4 kg w ciągu tygodnia (bez urodzenia dziecka), ale to inna historia

Wracając do szpinaku ... nie pofatygowałam się, aby spytać pielęgniarki, co było na talerzu tym razem. Po co miałam moich licznych współlokatorów w pokoju. Pani obok mnie (oczywiście chora na anoreksję, ale u niej napisano "nerwica") powiedziała, że to szpinak. Nie? Szpinak? Nie może być. Przede wszystkim, to było całkowicie płynne. Po drugie, było brązowe, a nie zielone lub zielono-brązowe, a nie brązowo-zielone, tylko brązowe. I po trzecie, pachniało jak coś z dziecięcej pieluchy. Wymazuję to, pachniało gorzej niż coś z dziecięcej pieluchy.

I teraz rozumiem, dlaczego Polacy nie za bardzo lubią zupę mleczną i szpinak. Po moich doświadczeniach ja też mogę "być Polką" i marudzić o okropnościach tego wszystkiego.

Smacznego!

Friday, September 24, 2010

Busy, Busy

I haven’t forgotten about my blog if that’s what you’re wondering. I’ve just been super busy which is a blessing really. In fact, my grandmother used to say that someone was “blessed with work”. She also used to ask me if I was “working hard or hardly working” and often told me not to “spend all my money in one place”. 

My grandma was a child of the depression and remembered what it was like to have to eat fried dandelions for dinner. I think that’s why she insisted we eat meat everyday. She said that as long as we had money, we would eat meat. Not that she ate very much herself. She hated gluttony and weighed all of about 35 kilograms. “Finish your dinner and tomorrow will be a good day,” she often repeated.

She was a scheduled lady. Monday, change the beds and launder all clothes and linens, Tuesday, do the ironing, Wednesday…..“It’s not a shame to be poor,” she used to say, “but being dirty is inexcusable”.  Let’s just say that I’m very clean.

Our little Rosie has finally become verbal. She has her own pearls of wisdom too, such as…

Ja want this. Ja want nie this.

Ja want to karm.  karmić=feed

I sama.   sama=myself

I want to lick-ać.   lick (lizać) + the Polish verb ending

I cannot have kara!   kara=punishment

Mommy, come and look. Kupa kiełbasa!   kupa=poo poo

She’s a funny little girl, our Rosie.

PS Sorry for the lack of translation. No time, no time.

Friday, September 10, 2010

Shopping in the Village Part 2 - Zakupy Po Wiejsku Część 2

One thing that totally freaked me out in my 1st year of Village shopping was the eggs -

the eggs which were not refrigerated, image

the eggs which were not refrigerated and covered in chicken shyte,

the eggs which were not refrigerated, covered in chicken shyte and resting in a dilapidated stack of egg crates in full sun outside a kiosk by the side of the road,

the eggs which were not refrigerated, covered in chicken shyte, resting in a dilapidated stack of egg crates in full sun outside a kiosk by the side of the road and given to you in a plastic bag to carry all the way home.

In my American experience, eggs should be white, clean, sold in quantities of 6 or 12, packaged in an egg carton and should always be refrigerated. Food should in no way recall its origins. Food is from the septic supermarket, not the farm.

I remember my first visit to an egg farm. I was about 3 or 4 years old. My parents had a corner market in my hometown - such a thing does not exist anymore. My father decided to take me to the Amish farm where we bought eggs for the shop. I was fascinated with those dirty, little, shoeless Amish kids. I was also fascinated with the chicken coop which in fact was a huge barn only for chickens.

imageOn the way home in my Dad’s old truck, my Dad asked me what I thought about the farm. I answered that it was nice but asked, “Why all those chickens?” That’s when my father explained that eggs were in his words “baby chickens” to which I burst into hysterical tears. Boy, was my Mom angry at my Dad when we got home. I did not eat eggs again until 10 years later and till this day still expect to find a baby chicken every time I crack an egg. Thanks Dad.

But I am not even half as paranoid as another American I met here is Poland. First of all, I was so impressed that she could enter a shop and ask in Polish if there were eggs, - “Czy są jajke?”. Wow! I couldn’t do that. She must be an authority on the subject. Then at home she carefully cleaned each egg with a water and (gulp) Domestos solution (it’s bleach gel). I tried to explain to her that the surface of eggs is porous, but to no avail. Next, each egg was cracked into a separate bowl and dutifully sniffed to check if it had gone bad. After that, any stray pieces of shell or yucky blood spots were removed. Finally, the eggs could be used, but by that time I had lost my appetite.

Another thing that could cause me to lose my appetite was the proximity of golonka (pig knuckles) to the chicken filets I wanted to buy in the meat case. How embarrassing is it to explain to the butcher that, yes, you want 2 chicken filets but not the ones touching the big, hairy pig legs. Apparently not too embarrassing, because I learned how to say it in Polish and I did say it whenever necessary, still do, in fact.

Something which struck me as odd back then but was really quite good for a single person such as myself, was the size of Polish products. I don’t mean that chairs and clothes and cars were teeny tiny (scratch that, cars are teeny tiny), but that products come in small-sized packages while in America every jam, jelly, mayo and ketchup is in such a huge amount, you’ll never use it before it goes bad. Well, scratch that too. American products will never go bad due to all the preservatives, so I suppose you can buy a bucket of peanut butter and expect to use it all up. I remember how surprised I was to return to a jar of  Polish jam after one week, only to find that it was furry. Now we have larger sized packages in Poland but still nothing like in the US. US-sized products seem comical to me now – as do US-sized people.

imageOne last thing about shopping in the Village is that you can buy various agricultural products from the classified ads in the newspaper. My favorite ad - “Prosięta – 10 sztuk”. (Piglets – 10 pcs)

 

PS Preservatives are konserwanty in Polish. Prezerwaty in English are condoms. Hee, hee.

PS2 Kielbasa Stories has 2 new followers. Welcome lotnica and Modlishka! Thanks for joining us and thanks for reading.

Zakupy Po Wiejsku Część 2

Jedna rzecz, która mnie totalnie przerażała podczas mojego pierwszego roku pobytu w Miasteczku to JAJKA -

jajka nie były w lodówce,

jajka nie były w lodówce oraz były pokryte kurzym gównem,

jajka nie były w lodówce, były pokryte kurzym gównem oraz leżały na rozwalającej się kupie wytłaczanek, w pełnym słońcu pod kioskiem, na skraju jezdni,

jajka, które nie były w lodówce, pokryte kurzym gównem, leżące na rozwalającej się kupie wytłaczanek, w pełnym słońcu, na skraju jezdni były podawane w plastikowym woreczku, który zanosiłaś do domu.

Z mojego amerykańskiego doświadczenia, jajka powinny być białe, czyste, sprzedawane po 6 lub 12 sztuk, zapakowane w karton i zawsze powinny być w lodówce. Jedzenie nie powinno w żaden sposób przypominać o swoim pochodzeniu. Jedzenie jest ze sterylnego supermarketu, a nie z fermy.

Pamiętam moją pierwszą wizytę na kurzej fermie. Miałam 3 albo 4 lata. Moi rodzice prowadzili sklepik na rogu w naszym rodzinnym mieście – takie coś już nie istnieje. Mój ojciec postanowił zabrać mnie na fermę Amiszów, gdzie kupowaliśmy jajka do sklepu. Byłam zafascynowana brudnymi, małymi, bosymi dziećmi Amiszów. Byłam też zafascynowana kurnikiem, który tak naprawdę był wielką stodołą tylko dla kurczaków.

W drodze do domu w starej półciężarówce mojego taty, mój tata spytał mnie jak mi się podobało na fermie. Powiedziałam, że było fajnie, ale spytałam „ Dlaczego tam są te wszystkie kurczaki?” Wtedy to mój tata wyjaśnił mi, że jajka to – w jego słowach – „dzidziusie kurczaczki”, na co ja wybuchłam histerycznym płaczem. O jejku! Ależ moja mama była zła na tatę, kiedy wróciliśmy do domu. Nie jadłam potem jajek przez następne dziesięć lat, a nawet do dziś, spodziewam się kurczaczka za każdym razem jak rozbijam jajko. Dzięki, tato!

Ale nie jestem nawet w połowie tak paranoidalna jak moja inna amerykańska koleżanka, którą poznałam tu w Polsce. Przede wszystkim byłam pod wielkim wrażeniem, ze ona umie wejść do sklepu i zapytać po polsku czy są jajka, - „Czy są jajka?” Wow! Tego nie potrafiłam. Ona musi być autorytetem w tej dziedzinie. Później w domu ona wyczyściła każde jajko wodą i odrobiną DOMESTOSA (to jest żel wybielający). Próbowałam jej wytłumaczyć, że powierzchnia jajka jest porowata, ale bezskutecznie. Następnie, każde jajko było rozbijane do osobnego półmiska i starannie obwąchiwane, ażeby sprawdzić czy się nie zepsuło. Potem, wszelkie kawałeczki skorupki lub ohydne kawałki z krwią były wyrzucane. W końcu, można już było spożytkować jajka, ale do tego czasu ja już straciłam apetyt.

Kolejną rzeczą, z powodu której traciłam apetyt była bliskość GOLONKI i filetów z kurczaka, które chciałam kupić w garmażerce. Jakież to zawstydzające tłumaczyć rzeźnikowi, że tak, chcesz 2 filety, ale nie te, które dotykają wielkich, owłosionych świńskich nóg. Widocznie nie aż tak zawstydzające, gdyż nauczyłam się jak to powiedzieć po polsku i mówiłam to zawsze kiedy było to konieczne, tak naprawdę ciągle to robię.

Coś co uważałam za dziwne, ale wtedy było to coś dobrego jak dla osoby żyjącej w pojedynkę tak jak ja, to rozmiar polskich produktów. Nie mam na myśli tego że krzesła albo ubrania albo samochody są malutkie (skreślam to, samochody SĄ malutkie), ale to, że produkty są w małych opakowaniach podczas gdy a Ameryce każdy dżem, konfitura, majonez i keczup są w takiej olbrzymiej ilości, że ich nie skonsumujesz zanim się zepsują. Cóż, skreślam to też. Amerykańskie towary nigdy się nie zepsują z powodu wszystkich konserwantów, więc przypuszczam, że można kupić wiadro masła orzechowego i spodziewać się, że zużyjemy wszystko. Pamiętam, jak zdziwiona byłam, kiedy po tygodniu powróciłam do słoika polskiego dżemu, jak zobaczyłam, że wyrosło na nim futerko. Teraz też mamy większe opakowania w Polsce, ale ciągle to nic w porównaniu ze Stanami. Amerykańskie rozmiary opakowań wydają mi się teraz komiczne - zresztą tak samo jak rozmiary ludzi w Stanach.

I ostatnia rzecz, jeśli chodzi o zakupy w Miasteczku to to, że można kupić różnorakie produkty rolne z ogłoszenia w gazecie. Moje ulubione – „Prosięta – 10 sztuk”.

PS Preservatives to konserwanty po polsku. Prezerwatywy po angielsku to CONDOMS. Hee, hee.

Sunday, September 5, 2010

Too young? Za młoda?

imageIs 36 too young for a midlife crisis?

Do Polish women have crises or is it an American invention?

Are mothers with kids still in diapers even allowed to have midlife crises? 

 

Czy 36 lat to zbyt młodo na kryzys wieku średniego?

Czy kobiety w Polsce mają kryzys, czy jestimage to amerykański wynalazek?

Czy matki z dziećmi jeszcze w pieluchach nawet mogą mieć kryzys wieku średniego?

Thursday, September 2, 2010

A Good Thing – Dobre Strony

A good thing about being a “travelling” English teacher is that when you arrive for a morning lesson you are served delicious coffee…with foam…in a nice cup with saucer…by a smiling lady or occasionally a gentleman. Mmmm, good.

08182010(002)Another nice thing about being a travelling English teacher is that when you arrive for an afternoon lesson, perhaps after a very important meeting, you can eat the left-over sandwiches. Everyone knows that left-over sandwiches made by someone else are the most delicious. Mmmmm, today’s sandwiches were exquisite - (open-faced sandwiches, of course).

For those with a sweet tooth, another nice thing about being a travelling English teacher is that name days (instead of birthdays)are still a popular occasion in offices and you may be lucky enough to receive a piece of cake. Mmmmm, name-day cheese cake.

For a lazybones like me, a nice thing about being a travelling English teacher is that you have the right to park in the special parking spot marked “gość” (guest) just a few steps from the main door.

A good thing about being a travelling English teacher is that you can meet lots of different people from different business sectors and learn really interesting things about them and their job and about their world view. I take the most interesting and intelligent sounding ideas and later pass them on as my own.

That’s a good thing, too ;)

PS Kielbasa Stories has a new follower. Welcome W drodze! Thanks for joining us and thanks for reading.

Dobre Strony

Dobrą stroną bycia “wędrownym” nauczycielem angielskiego jest to, że kiedy przyjeżdżasz na poranną lekcję, uśmiechnięta pani lub czasami pan, podają ci przepyszną kawę ... z pianką ... w ładnej filiżance ze spodkiem. Mmmm, dobre.

Kolejną miłą rzeczą – kiedy jesteś wędrownym nauczycielem angielskiego - jest to, że kiedy przyjeżdżasz na popołudniową lekcję, być może po jakimś ważnym spotkaniu, możesz zjeść wszystkie kanapki, które zostały. Każdy wie, że kanapki, które zostały zrobione przez kogoś innego są najsmaczniejsze. Mmmm, dzisiejsze kanapki były wyśmienite – (były to oczywiście kanapki otwarte).

Dla tych, którzy lubią słodycze, kolejną dobrą stroną bycia wędrownym nauczycielem angielskiego jest to, że imieniny (zamiast urodzin) są ciągle powszechną okolicznością w biurach i można mieć tyle szczęścia, żeby otrzymać kawałek ciasta. Mmmm, imieninowy sernik!

Dla leniwych jak ja, miłą stroną bycia wędrownym nauczycielem angielskiego jest to, że masz prawo zaparkować na specjalnym miejscu parkingowym z napisem „gość” tylko parę kroków od głównego wejścia.

Dobrą stroną bycia wędrownym nauczycielem angielskiego jest to, że możesz poznać wielu różnych ludzi z różnych branż i dowiedzieć się naprawdę ciekawych rzeczy o nich i ich pracy oraz ich światopogląd. Ja zbieram najciekawsze i najinteligentniej brzmiące pomysły i przekazuję je później dalej jako moje własne.

I to też jest dobra strona ;)